czwartek, 9 października 2014

Ptaszki i ozdoby choinkowe :)

Witajcie :)
 U mnie dziś piękny dzień a u Was? Mam nadzieję, że jutro też będzie tak cieplutko.
Dziś oddali plac zabaw, o którym Wam pisałam kiedyś. Wygląda bardzo dobrze ale póki co dookoła zabawek czarna ziemia, więc pokaże Wam fotki jak trawa urośnie i będzie już tak skończone na 100%.
Wpadam ze zdjęciami ostatnich prac. Kilka z nich będzie płynąć do Kanady więc mimo, że dopiero październik ja już przebywam w christmas'owych klimatach.

Pisząc do Was wyglądam mniej więcej jak zmęczony Tom..


.. więc pójdę już spać i zostawię Was ze zdjęciami. 












Pozdrawiam Was cieplutko :)
Oliwka

sobota, 4 października 2014

Miśki urodzinowe :)

Witajcie :)
Wpadam na chwileczkę. Raczej zdjęciowo. Staram się zebrać w sobie maximum sił i skończyć wszystko to co powinno być zrobione już tydzień temu. Jak choroba dopadnie to nie ma zmiłuj.
Dziś miśki na podziękowania urodzinowe dla chłopców, dla dziewczynek będą mini dyniogłówki, które możecie podziwiać u Aśki. Takie wspólne zamówienie :)




misie z masy solnej, upominki z masy solnej na urodziny, gift birthday, salt dough, 

Przy okazji ich malowania przypomniałam sobie piosenkę, którą w czasach liceum miałam ustawioną na budzik w telefonie. Po kilku miesiącach zaczęłam szczerze jej nienawidzić ale teraz miło było sobie przypomnieć głos tej małej dziewczynki śpiewającej o miśkach- śpiochach :)



Uciekam dziś.
Pozdrawiam Was cieplutko :)
Oliwka

środa, 1 października 2014

Tunezja.

Witajcie :)
Już nie pamiętam kiedy zaglądałam na tego blogerra. Wszystko przez tzw. ‘’depresje pourlopową’’ i choróbska jakie mnie dopadły po powrocie z wakacji. W każdym razie chciałam Wam opowiedzieć gdzie byłam, co widziałam, co przeżyłam a także czego się dowiedziałam o Tunezji.
Kiedy żegnałam się z Wami przed wyjazdem nie powiedziałam, gdzie jadę bo prawdę mówiąc trochę się bałam podróży. Pierwszy raz w życiu miałam lecieć samolotem a termin nie był zbyt zachęcający bo akurat 11 września. No nie jest to wymarzona data na pierwszy w życiu lot.
Teraz całe szczęście już po, więc śmiało mogę opowiadać ja było. Podróż była niesamowita, a widoki zachwycające! Może dla kogoś kto lata systematycznie albo ma już kilka takich podróży za sobą nie robią wrażenie ale dla mnie było to coś pięknego. Promienie słońca, które układały się na dywanie z obłoczków wyglądały jak z bajki. Nie mogłam tez wyjść z podziwu jak z góry wygląda linia brzegowa kontynentu i morze.
Start samolotu przeżyłam bardzo dobrze natomiast przy lądowaniu w Tunezji moją głowę rozsadzaj niesamowity ból. Przeniosło się to nagle na uszy. Robiłam wszystko, żeby jakoś temu zapobiec, ssałam cukierka, żułam gumę i tak dalej. Niestety nic nie pomagało. Kiedy zeszliśmy niżej nad ląd ból całe szczęście ustał.
Po wylądowaniu czekała nas jeszcze prawie dwugodzinna podróż do hotelu. Do celu dzieliło nas około 110km więc mieliśmy okazję ‘’pozwiedzać’’ jeśli można to tak nazwać. Podczas drogi byliśmy lekko zdezorientowani i trochę wystraszeni bo w każdym wolnym od budynków miejscu gromadziły się stery śmieci. Po ulicach fruwały papierki i torebki foliowe, a w rowach leżały zwały odpadków. Widok był przerażający.  Do tego nasz kierowca jechał jak postrzelony, kilka razy zdarzyło mi się jechać pod prąd. Rezydent biura podróży, który odebrał nas na lotnisku przed podróżą rzucił w żartach ,,Niech się państwo nie martwią, cokolwiek by nie robił kierowca, uwierzcie mi ma prawo jazdy’’ i może dobrze, że to powiedział bo wszyscy się głęboko nad tym zastanawialiśmy. W Tunezji praktycznie każdy jeździ jak chce, przypomina to trochę taką dzicz w której każdy walczy o dobrą pozycję. Żaden z kierowców nie jedzie prawym pasem jeśli nie ma dużego natężenia ruchu, mimo to nie jedzie też lewym w obawie, że ktoś mógłby go wyprzedzić tym prawym, więc nasz kierowca potrafił przejechać kilkadziesiąt kilometrów jadąc po prostu środkiem dwupasmowej drogi. W mieście najważniejszym elementem samochodu jest klakson. Na rondzie czy skrzyżowaniu nie liczą się żadne kierunkowskazy czy światła. Klakson wskazuje drogę i rozwiewa wszystkie wątpliwości innych uczestników ruchu. Z reszta każdy robi tak samo. Do tego, przez środek ronda jeżdżą nie tylko auta, ale również ludzie pchający wózki z różnymi towarami (takie jak np. zabiera się ze sobą na pole w Polsce na wsi), na rondzie niekiedy stoją zaparkowane samochody ale mimo to, że policji jest tam mnóstwo nikomu w zasadzie to nie przeszkadza. Kraj jak kraj. Budynki, sklepy, hotele, samochody, autobusy , taksówki.. tylko te śmieci. Śmieci wszędzie! Kłębiło mi się w głowie masę myśli skąd one się wzięły na tych ulicach? Kto je wyrzuca? Czy nie ma jakiś konkretnych oddalonych od miast wysypisk? Czy to ludzie po prostu tak wyrzucają swoje śmieci? Nie ma za to jakiś kar? Nie ma służb, które to sprzątają? Ciężko było mi to przetrawić w głowie. Jednak kiedy wjeżdżało się do jakiejś strefy turystycznej blisko morza było całkiem czysto. Zdarzał się jakiś papierek, plastikowa torba ale takiej ilościach jak i w Polsce.
Ludzie w hotelu są bardzo sympatyczni ale na tym w sumie polega ich praca. Ja to odczułam głównie dzięki temu jak pomagali mi się ze sobą porozumieć. Mój angielski niestety ostatnio jest w dość kiepskiej formie. Praktycznie wszystko rozumiem ale ciężko mi coś więcej powiedzieć. Zawsze dowiedziałam się to o co zapytałam i często odbywało się to w dość zabawny, humorystyczny sposób. Często pytałam o coś a w odpowiedzi ktoś żartował sobie tak aby wskazać mi co źle powiedziałam. Nie było w tym żadnej złośliwości a przy okazji trochę się uczyłam.

Oki. Resztę opowiem na zasadzie opisów do zdjęć więc jeśli ktoś ma ochotę to zapraszam do kliknięcia ‘’czytaj więcej’’ i tam wyskoczy reszta zdjęć wraz  opisami.

Na początek kilka migawek z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy.
Hotel mieścił się w miejscowości Hammamet tuż nad brzegiem morza. Nasz hotel był połączeniem dwóch ośrodków Dar Khayem i Omar Khayem, dzięki czemu mieliśmy możliwość korzystań z 3 basenów :)

To był mój pierwszy wyjazd z biura podróży więc tak na prawdę nie wiem czy mogę cokolwiek oceniać bo nie mam żadnego porównania. Jeśli chodzi o pokoje, hotel i wszystkie atrakcje to wszystko w pełni mnie zadowalało. Wszyscy narzekaliśmy troche na jedzenie ale myślę, że nie była to wina kucharza tylko po prostu tamtejszej kuchni. Wiele potraw smakowało dość mdło, jakby brakowało tam podstawowych przypraw, bo tego wiele warzyw nie miało smaku. Np. pomidory, smakowały trochę tak jak te, które w Polsce można kupić zimą, ich smak nie odbiegał daleko od smaku zwykłej wody. Ale było dużo i nie trzeba było gotować więc byłam zadowolona :)

Biuro podróży oferowało nam kilka wycieczek dodatkowych z czego już na samym początku napaliłam się na ''Saharę'' czyli taką wyprawę na wielbłądach po pustyni w planie były jakieś budowle wzniesione przez Imperium Rzymskie i kilka ciekawych miejsc wartych obejrzenia w Tunezji. Niestety po wstepnej kalkulacji budżetu i rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw (głównie chodziło o nieustający upał) stwierdziliśmy, że w zupełności wystarczy nam smażing i plażing :) 
W hotelu jednak zaczepił nas arab oferujący wycieczkę statkiem pirackim i wszyscy wspólnie stwierdziliśmy, że to nie głupi pomysł :)
Musze Wam napisać jeszcze dialog z samej zaczepki bo my śmieliśmy się jak głupi do sera :)
Arab: Helo.
Oliwka: Helo.
Arab: How are you?
Oliwka: Thank you, Fine.
Arab: Where are you from?
Oliwka: Poland.
Arab: Oh Poland..! Dobra, dobra zupa z bobra, jeszcze lepsza zupa z wieprza. Jak się masz?
I zaczął po polsku opowiadać o wycieczce na statek piracki :)

Na statku było kilka mężczyzn przebranych za piratów, którzy zabawiali ludzi. Pokazywali kroki taneczne i cały statek tańczył, śpiewali, tańczyli i wygłupiali się. Zrobili też pokaz swojej sprawności fizycznej bo bez jakiegokolwiek zabezpieczenia wprost fruwali po linach nad górną częścią statku.
Poza tym mieliśmy tam całkiem smaczny obiad i widzieliśmy delfiny :) Ale dla mnie i Norberta chyba największą atrakcją były skoki ze statku do morza :)

W hotelu większość czasu spędzaliśmy przy basenie :) Na te 8 dni chyba 3 razy byłam tam nad morzem. Wiadomo morze ma swój urok ale woda jest strasznie słona i nie da się tak powygłupiać jak nad basenem. 
Wieczorem główną atrakcją były animacje. W hotelu było zatrudnionych około 10 młodych chłopaków (animatorów), którzy w czasie dnia zapraszali na siatkówkę, piłkę ręczna w basenie i inne atrakcje. A także opiekowali się dziećmi nad basenem, rozmawiali z goścmi i starali się zorganizować wszystkim czas. Natomiast wieczorami przygotowywali show i tańce. Animacje zaczynały się od mini disco dla dzieci, ale my w tym czasie zazwyczaj konsumowaliśmy kolacje. Później były tańce a'la zumba, gdzie ludzie mogli wejść na scenę i tańczyć w rytm muzyki powtarzając kroki po animatorach. Później animatorzy prosili kobiety do tańca, głównie podchodzili do dojrzałych Pań w wieku 40-50 lat, żeby nieco umilić im czas. Niestety te najczęściej wstydziły się wejść na scenę więc kończyło się na tym, że musieli prosić dziewczyny w moim wieku.
Następnie (co było najnudniejsze z tego wszystkiego) była gra Bingo, ale mi szkoda było pieniedzy na taki kupon i zwykle w tym czasie nudziłam się jak mops. Później przychodził czas na show. 
Kazdego dnia animatorzy przygotowywali jakiś występ. Najczęściej były to jakieś układy taneczne ale zdarzały się też jakieś śmieszne skecze. 
Po skończonym show były jeszcze 2 piosenki tej a'la Zumby i czas na taką luźną dyskoteke na scenie.

Przez te kilka dni kiedy chodziłam wieczorami na te animacje to przyglądałam się tym chłopakom i zastanawiałam się jak tam trafili. Co zdecydowało o tym, że dostali własnie taką prace. Jadąc z lotniska do hotelu zobaczylismy jakis niewielki kawałek Tunezji i przyznam, że moje pierwsze wrażenie było takie, że te państwo żyje wyłącznie z turystyki i utrzymują się tam przy życiu wyłącznie Ci, którzy pracują w hotelarstwie, gastronomii, właściciele sklepów w strefach turystycznych i rolnicy, którym uda się tam coś wyhodować. Nie widzielismy po drodze żadnej fabryki i też zastanawialiśmy się czesto czy ludzie w ogóle coś tam produkują albo hodują. Widzieliśmy za to bary przed którymi grali w karty i popijali napoje mężczyźni. Starzy, młodzi, czasem chłopcy. Nie były to bary takie hm.. bary jak w Polsce. To było coś na zasadzie małej budki z chinszczyzną czy kebabem i mnóstwo stolików obok. Ale nikt tam niczego nie jadł. Siedzieli przy plastikowych stolikach w okół tego całego śmieciowiska i zachowywali się  jakby problemy ludzkiej egzystencji ich nie dotyczyły. Patrzyłam na nich i zastanawiałam się jak tu jest z edukacją. Czy ludzie mają motywcje, żeby iśc na studia? Jeśli tak to jakie? I czy cały ten kraj wygląda jak ten obszar 110 km jaki przejechaliśmy. Nie tylko autostradą ale ulicami w Monastirze i kilku miastach wokoł.
Ostatniego dnia zaczełam troche rozmawiać z jednym z animatorów i okazało się, że mam całkowicie błędne wyobrażenie o tym wszystkim. Po kilku dniach spekulacji wymyśliłam sobie w głowie, że pewnie Ci animatorzy są po jakiś szkołach tanecznych i mieli dużo szczęścia, że znaleźli się w takim miejscu i maja taką prace (myśląc o tych dziesiątkach mężczyzn, których widziałam w barach przy ulicach). 
Okazało się, że każdy z tych 10 chłopaków pracujących tam jest po studiach a wielu z nich po nie jednych. Wielu z nich oprócz rozrywki ( bo tak musze przetłumaczyć ten kierunek) studiowało jeszcze coś na zasadzie AWF-u mając później kwalifikacje aby uczyć sportów wodnych takich jak windsurfing czy innych. Ponad to w Tunzeji, przez to, że była to kiedyś kolonia francuska, dzieci uczą się w szkole dwóch języków tak jak by ojczystych. Arabskiego i francuskiego. W trzeciej lub czwartej klasie szkoły podstawowej zaczynają uczyć się  języka angielskiego, później z tego co wiem jeszcze jakiegoś i w szkole średniej mogą wybrać piąty język o ile dobrze zrozumiałam. Chłopak z którym rozmawiałam wybrał chiński. A u nas? W podstawówce znieśli obowiązkowy drugi język obcy więc do 6 klasy dzieci uczą się tylko polskiego i angielskiego, a w takiej Tunezji, którą my europejczycy uważamy za kraj trzeciego świata, dzieci w 6 klasie znają już 4 języki!!!! Coś niesamowitego. Wiadomo, że na pewno nie jest to w jakimś stopniu bardzo komunikatywnym ale uczą się, a u nas? To mnie bardzo zszokowało. 

Na przy hotelu mieliśmy możliwość skorzystać też z atrakcji wodnych typu banan ciągnięty za motorówką czyli generalnie to samo co i nad Bałtykiem. Były też spadochrony na które się strasznie napaliłam ale w końcu też z tego zrezygnowałam.
Do takich atrakcji zachęcali tam całkiem inny od animatorów chłopcy, którzy można powiedzieć tez umilali czas na plaży bo czasem podchodzili, rozmawiali i też czegoś ciekawego można się było od nich dowiedzieć.
Powiedział nam Np. że kobiety w Tunezji jak mają po tatuowane ręce oznacza to, że są mężatkami. I rzeczywiście widzieliśmy kobiety, które miały tatuaże przypominające takie koronkowe rękawiczki na rękach czy inne wzorki. 

Na koniec kilka migawek :)
Takie tam pod palmą z mężem :) I z tyłu tata :)



 Selfie z tatą :)
 Fotka z Walidem, jednym z ''namawiaczy'' na spadochrony, banany i winne wodne atrakcje :)
 OO i taki handlarz cygaretów (jak to mówili) na plaży. Mój mąż stwierdził, że zrobił interes życia bo kupił karton Malboro za 4 zł paczka (niestety popala, głównie jak przebywa ze swoim młodszym bratem albo z kolegą z pracy, czego nie pochwalam). Okazało się, że koło prawdziwego Malboro to te papierosy prawdopodobnie nawet nie leżały, a w smaku są gorsze (z tego co mówili- ja nie pale) niż skręty z maszynki i najtańszego tytoniu. Także nie kupujcie w Afryce papierosów na plaży czy na bazarze.

A i jeszcze takie drzewa :) Coś pięknego :)


Zastanawiam się co jeszcze mogłabym opowiedzieć i napisać. 
Póki co kończę. Powiem Wam tylko, że czuję straszny niedosyt i cieżko mi było znaleźć sobie w domu miejsce po przyjeździe. Gdybym kiedys jeszcze wyjeżdżała to koniecznie na 2 tygodnie! :)
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam :)
Aniołkowe nowości- wkrótce :)
Pozdrawiam Was cieplutko :)
Oliwka

Ps: Zauwazyliście zmiany na blogu? To zasługa Johanki z bloga asiekmisiek.blogspot.com . Nie wiem jak ja się jej za to odwdzięczę :)

czwartek, 11 września 2014

Urlop.

Hej :)
Wpadam powiedzieć, że dziś wyjeżdżam na wczasy. Nie będzie mnie do 18 września więc na wszystkie e-maile i wiadomości odpisze po powrocie. Zamówienia, które były do wykonania ''w pierwszej wolnej chwili'' oczywiście wykonam w ostatnim tygodniu września.
Na razie nic o wczasach Wam nie powiem, żeby niczego nie zapeszyć, ale na pewno po powrocie zasypie Was zdjęciami.
Dziś już uciekam bo za godzinę wyjeżdżam z domu, a jeszcze kilka rzeczy trzeba dopakować.
Na koniec zostawiam Was z uroczą anieliną.
Pozdrawiam Was cieplutko i uciekam :)

Oliwka :)

wtorek, 9 września 2014

Koszyczki obfitości i aniołki-laleczki :)

Witajcie :)
Dziś wpadam na chwilkę. Chce Wam pokazać kilka ostatnich prac. Niestety nie mam zbyt dużo czasu, żeby coś napisać więc dziś zapraszam tylko do oglądania.
Na początek jesienne koszyczki obfitości.





 Jeden w wersji bez lakieru, w nieco bardziej stonowanych kolorach.


I ostatnie aniołki- laleczki. Wciąż lubię robić do nich słodkie babeczki :) Przy okazji zauważyłam, że mój pomysł niektórym się spodobał :)



Uciekam, niestety tylko zdjęciowo dziś,
Pozdrawiam Was cieplutko,
Oliwka

czwartek, 4 września 2014

Mała relacja z Dożynek :)

Witajcie :)

Dziś wpadam do Was kilkoma migawkami z ostatniej imprezy na której byłam z moim małym straganem czy jak kto woli kramem :)
Niestety nie opowiem Wam zbyt dużo na temat tej imprezy ponieważ byłam tam w sumie 3h. Zostałam poproszona o pomoc w roznoszeniu obiadów dla gości dożynkowych więc po uroczystym otwarciu i przemówieniach na scenie musiałam zostawić męża i teściową z moim kramem, którzy chętnie zgodzili się pomóc:) . Mąż może nie podziela w pełni mojej pasji ale na pewno w miarę możliwości stara się mnie w spierać, a teściowa jak Wam pisałam już kiedyś przed świętami nawet pomagała mi w malowaniu więc wspiera mnie za dwóch :)
Żałuję, że tym razem byłam tak krótko bo bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza tymi, którym podobają się moje prace, ale nie tylko ;)
Podczas imprezy poznałam dwójkę bardzo fajnych młodych ludzi, którzy handlowali bańkami mydlanymi i myślę, że niebawem spotkam ich znowu więc będziemy mieli okazję trochę więcej porozmawiać :)
Niestety nie opowiem Wam o atrakcjach jakie były na dożynkach bo naprawdę bardzo zaangażowałam się w pomoc podczas serwowania tych obiadów. Byłam tam tylko z dwiema innymi dziewczynami na 200 zaproszonych gości więc nie wyrabiałyśmy się tak żeby podać wszystko o czasie. Dzięki temu, że miałam jakieś doświadczenie w gastronomii mogłam to wykorzystać na tej imprezie. Kiedy pracowałam w restauracji nauczyłam się nosić 3 talerze. Pewnie sporo osób to umie ale ja do czasu tej pracy nie potrafiłam. Jeden z kierowników zmiany umiał nosić nawet 5 talerzy i próbował mnie nauczyć opanować chociaż noszenie 4 ale były tak niesamowicie ciężkie i do tego strasznie szybko się nagrzewały, więc podczas pracy tam nigdy tego nie opanowałam. Tu jakoś tak strasznie przejęłam się tym, że się nie wyrabiamy ze wszystkim, że zaczęłam nosić nawet te 4. Podałam tak chyba ze 20 kursów ale  za którymś razem nie udało się i efektem była marchewka na spodniach :) Koniec końców wszystko wyszło dobrze :) Pod wieczór wróciłam do mojego kramu, ale wtedy już główną atrakcją był zespół Skaner , który na scenie zagrzewał wszystkich do tańca :)


rękodzieło, sprzedaż rękodzieła, jak zacząć sprzedawać wyroby handmade, jarmark
 Jak widzicie na moim straganie można zauważyć Johankowe dzieła :) Myślę, że bardzo dobrze  się tam prezentują :)
Jeśli ktoś nie zagląda na bloga Asi, to powiem, że z racji tego, że mam więcej możliwości do wyjścia na różnego rodzaju odpusty, kiermasze i festyny staram się trochę pomóc w sprzedaży jej cudeniek :) Asia ma małego synka-Jacusia, któremu musi obecnie poświęcać dużo uwagi ale wierzę, że kiedyś przyjadę nad morze i zobaczę Asię przed straganem pełnym dynigłówek :)
Uwielbiam je więc ciesze się, ze zdobią mój stragan. Ale dla wyjaśnienia powiem, że na każdym Johankowym aniołku jest informacja o tym przez kogo został zrobiony oraz kontakt do Asi :) Sama też mówię o tym, które prace są mojego autorstwa, a które nie.


 A tu pierwsza odsłona moich fimo-tworów :)
Z mojego męża niestety kiepski fotograf więc zdjęcia są trochę nieostre, ale chyba jeszcze nie ma za bardzo na co patrzeć :)
 Zapewnie minie wiele, wiele miesięcy zanim nauczę się robić tą słodką biżuterię tak jak bym chciała. Fimo to całkiem inna bajka, myślę, że tak jak przy masie solnej trzeba spędzić przy nim wiele godzin, poznać wiele produktów i wiele rzeczy wyrzucić zanim dojdzie się do jakiś w pełni udanych prac.

Ale, żeby nie było tylko o mnie pokaże też co na otwarciu działo się na scenie.
 Tu organizatorzy i zaproszeni goście, którzy życzyli rolnikom większych zbirów i mówili o obecnej sytuacji na rynku.
Głos zabrał także sołtys Starego Gozdu, którego od lipca zeszłego roku mogę nazywać swoim dziadkiem :)


Przy okazji musze Wam pokazać kolejnego człowieka z pasją.
To taki nasz okoliczny Ułan :) Przyjeżdża na swoim udekorowanym koniu na każda impreze. Ubiera się w skórę i hełm. Na pewno wiele godzin dekoruje swojego rumaka i.. jeździ tak :) A nikt mu za to nie płaci- to musi być pasja :)



Będę już powoli kończyć. Musze zająć się troche domem. Nowy rok szkolny się zaczął i w szkole jest sporo pracy. W wakacje wychodziłam zwykle godzinkę czasem półtorej godzinki wcześniej a teraz nie wyrabiam się ze wszystkim. Przy okazji tego od dawna nie wyrabiam się z domowymi obowiązkami. Widziałam ostatnio taki demotywator na którym widać stertę prania i opis ,,Niekończąca się opowieść''- nie wiem jak Wy ale ja doskonale to rozumiem :)

Pozdrawiam Was cieplutko :)
Oliwka :)

wtorek, 2 września 2014

Twórczość vs. handel

Nie wiem czy tylko mnie z powodu mojego młodego wieku ludzie uważają za głupią i naiwną? Czy może Wam też się to przytrafia?
To co dziś napisze, a właściwie wstawię, jest przestrogą dla innych rękodzielników, a także zapytaniem do Was moich blogowych znajomych zajmujących się podobnym tematem, czy może i Wy napotykacie takie sytuacje?

Jakiś czas temu wstawiłam fragment mojej korespondencji z Panią Martą, kiedy dyskutowałyśmy o kwestiach wiary, dziś wstawię całą moją moją korespondencję z pewną Panią. Nie jest to naruszenie dóbr osobistych ponieważ nie powiem Wam jak się nazywa owa Pani ani jej firma, ale myślę, że dzięki tym e-mailom wyjaśnię niektórym to i owo, a także przestrzegę rękodzielników, który nie są tak dociekliwi jak ja w sprawdzaniu anonimowych klientów.

Aby Was wprowadzić powiem tylko, że dostałam e-mail w którym było spore zamówienie. Niżej Wam je wstawiam. Zamówienie jak zamówienie jednakże różniło się od innych tym, że wszystkie rzeczy miałybyć niepomalowane, w takim ''surowym'' stanie. Ogólnie się ucieszyłam, bo tak jak wy jestem zwykłym człowiekiem, który ma swoje potrzeby i chciałby zarobić. Jednakże w przypadku klientów z którymi nie miałam do czynienia zawsze staram się w jakiś sposób ich zweryfikować. Nie robiłam tego zawsze ale po historii z przed świąt z Panią, która sprzedawała moje aniołki choinkowe jako swoje staram się odszukać każdego, kto pisze z większym zamówieniem.
Pani, która napisała do mnie te duże zamówienie podpisała się imieniem i nazwiskiem, a w nazwie e-maila była jeszcze podana miejscowość więc te 3 informacje wystarczyły aby odnaleźć jej firmę. Okazało się, że zajmuje się wykonywaniem odlewów aniołków z form.

Dobra resztę doczytacie w korespondencji. Zostawiam Was z lektura a na końcu dodam coś od siebie.